PIERWSZA DRUŻYNA

Kamil Nitkiewicz: Tak długo jeszcze nie trenowałem

Wszystko wskazuje na to, a raczej nic nie zapowiada tego, żeby Kamil Nitkiewicz nie pojawił się w sobotę w tunelu na czele naszej jedenastki. MKS sposobi się do starcia z Wisłą Puławy, pierwszego mistrzowskiego meczu w roku 2018.

Dalej jesteś kapitanem drużyny?

– Pewnie tak (śmiech). Nowy sztab szkoleniowy w tej kwestii nie miał nic na przeciw, wcześniejszy wybór zatem powinien obowiązywać, gdyż nie było nowego, więc myślę, że założę opaskę. Pytanie tylko, czy dojdzie do tego meczu…

No jak to?! Służby na stadionie w Puławach pracują „dzień i noc”, żeby sobotnie zawody się odbyły. 

– Hmm… Właśnie przeczytałem, że Rozwój Katowice już złożył wniosek o przełożenie spotkanie, podobnie jak ŁKS Łódź. Nie dam dziś sobie ręki uciąć, że zagramy. Śledzę sytuację meteo i dopóki sędzia nie zadecyduje na miejscu, to nie byłbym taki pewien. Dziś byliśmy na naszej płycie głównej i ta część boiska, na którą nie pada słońce, od strony trybuny, to był kompletny beton. Jestem pewien, że sędzia nie dopuściłby takiego placu do gry.

Już raz tak się stało i w ostatniej chwili zabrano wam truskawki z tortu.

– To prawda. Na Wartę Poznań byliśmy cały dzień skoszarowani, i już nawet po przedmeczowej odprawie. Wcześniej ustalony był skład, zjedliśmy wspólny obiad i „grzaliśmy głowy”. Zamiast meczu pobiegaliśmy dookoła boiska w ramach rozruchu. Niewiele wtedy widziałem, ponieważ tak sypał śnieg, a gra na czymś takim nie miałaby nic wspólnego z piłką nożną. Ciekawe też ilu z nas, i w jakim stanie, pojawiłoby się we wtorek na treningu (śmiech).

Jak czuje się zawodnik po takim „odwołaniu spotkania”?

– Najgorsza jest ta niepewność i wyczekiwanie. To nie jest takie „hop-siup”, pójść do szatni i znów się przebrać. To sprawa indywidualna i siedzi w głowie. Jeden zawodnik potrzebuje na mobilizację więcej czasu, inny mniej. Podobnie jak na wypompowanie z siebie powietrza, kiedy dowiadujesz się, że meczu nie będzie, i to jeszcze praktycznie w ostatniej chwili.

Takie rzeczy się jednak zdarzały.

– Zgadza się. To nie pierwszy taki przypadek. Odwoływano już nam mecze choćby ze Stomilem Olsztyn, czy Flotą Świnoujście, więc to się zdarza, jednak pierwszy raz w życiu mam czteromiesięczny okres przygotowawczy (śmiech). Jak sięgam pamięcią to były przekładane kolejki, ale żeby aż trzy z rzędu się nie odbyły? Generalnie to przecież trenujemy właśnie po to żeby grać, a nie czekać. Sparing to też nie to samo. Całe szczęście, że nie my jedyni wpadliśmy w taki poślizg, który i tak będziemy musieli nadrobić.

Miała być telewizja i ŁKS, później zamarznięta Olimpia, z kolei z Wartą zakotwiczył przy Sportowej św. Mikołaj. Wypadło na Wisłę…

– Jeśli mam być szczery, to w naszej sytuacji jest to praktycznie bez znaczenia, z kim zagramy pierwszy w tym roku mecz. To bez różnicy, czy mierzymy się z pierwszą, czy z ostatnia drużyną w tabeli. My musimy wygrywać i patrzeć tylko na siebie. Liczyć też potrafimy, znamy swój cel i wiemy o co będziemy walczyć.

Życzymy więc regularnych zawodów i cięższego o punkty autokaru w drodze powrotnej do Kluczborka.

– Oby tak się stało.

Rozmawiał Jacek Nałęcz.  fot. Mirosław Szozda /mkskluczbork.pl