- PIERWSZA DRUŻYNA PRZYPIĘTY

A kysz „czerwona latarnio”! Olimpia – MKS 1:2

MKS zaczął bardzo agresywnie, wysokim pressingiem na połowie rywala. Gospodarze otrząsnęli się po około 10 minutach,  a 120 sekund później objęli prowadzenie. Po krótko rozegranym kornerze piłkę na długi słupek posłał Paweł Szołtys. Kacper Majchrowski miał z nią nie lada kłopot, już prawie leżąc usiłował ją złapać, ale w efekcie nabił wbiegającego w piątkę Krzysztofa Niburskiego.

Nasz bramkarz zrehabilitował się 16 minucie w świetnym stylu broniąc uderzenie z 17 metrów Radosława Stępnia. Po tym wszystkim na placu gry niewiele się działo. Goście mieli więcej z gry, ale taktyką „tysiąca podań” oraz całkiem sporą liczbą strzałów z dystansu niewiele mogli zdziałać. Pierwsze kończyły się z reguły na linii pola karnego, drugie mijały z wielką powtarzalnością światło elbląskiej bramki.

Reasumując tę połowę, to do „szesnastki” wyglądało to w naszym wykonaniu całkiem nieźle i jeśli mielibyśmy do czynienia z popisami łyżwiarzy, nasi chłopcy otrzymaliby bardzo wysokie noty za styl. Gdyby Paweł Gierak w 43 minucie trafił do siatki, dołożylibyśmy jeszcze kilka punktów za skuteczność. To była najlepsza okazja do wyrównania zanim obie drużyny udały się do szatni. Nasz obrońca główkował z 7 metrów, lecz wyciągnięty jak jak holownicza lina Wojciech Daniel w ostatniej chwili wybił futbolówkę.

Prawdziwe bombardowanie rozpoczęło się przy Agrykoli w 50 minucie. Najpierw Majchrowski nogami obronił uderzenie z boku Szołtysa, a chwilę później faulowany w polu karnym był szarżujący Lucjan Zieliński. „Wapno” na gola pewną zmyłką zamienił Sebastian Deja i odżyły nasze nadzieje. W natychmiastowej odpowiedzi wymieniany już Szołtys ostemplował nasz prawy słupek, z kolei bombę w okienko Donatasa Nakrośousa jakimś cudem obronił Daniel.

Oba zespoły należy pochwalić za wolę walki i determinację w dążeniu do zwycięstwa. Od 78 minuty miejscowi musieli sobie radzić w dziesiątkę. Druga żółtą i w konsekwencji czerwona kartkę ujrzał kapitan elblążan i lider swojej ekipy – Stępień. Biało-niebiescy dostali więc ewidentnie „zaproszenie do tańca” i dalej robili swoje. W 83 minucie za faul na Pawle Baraniaku prowadzący zawody Łukasz Karski podyktował jedenastkę numer dwa, a „Dejka” jak profesor huknął pod poprzeczkę i siatka zatrzepotała po raz drugi. Sędziego głównego spotkało za tę decyzje sporo przykrości, że nawet przerwał na jakiś czas spotkanie.

Gospodarze mimo osłabienia ambitnie naciskali. Gdyby będący w stuprocentowej sytuacji Kamil Jonkisz nie pogubił się przed bramką w 91 minucie, ciągnących się jak wieczność zawodów, byłoby w Elblągu pozamiatane. Jeszcze Jan Furlepa odtańczył na jednej nodze piruet maksymalnego „zdenerwowania” i przy zgryzionych do skóry paznokciach mecz się skończył, a Kluczbork wypłynął z zagrożonej degradacją strefy.

DataGospodarzeGodzina/WynikGoście

Zdjęcie: Sebastian Deja nie pomylił się dziś ani razu.

fot. Mirosław Szozda /mkskluczbork.pl